Polska jest fajna!

Brzmi trochę dziwnie, co? Bardzo rzadko zdarza mi się to słyszeć, a już najrzadziej od samych Polaków. Mówi się, że narzekanie to nasza narodowa cecha (gorąco polecam: Poland. Come and complain), ale czy takie stwierdzenie nie jest samo w sobie narzekaniem na narzekaczy? Co prawda nie mam w bezpośrednim otoczeniu aż takich malkontentów, jacy komentują 99% artykułów w polskich internetach, ale i tak dość często zdarza mi się słyszeć, że “w tym kraju nie da się żyć” i “uciekaj stąd jak najszybciej, bo się zmarnujesz”. Aż się czasem zastanawiam, czy ja mieszkam może w jakiejś innej Polsce, skoro naprawdę nie mam powodów żeby narzekać? Mało tego, uważam, że byłoby to wyjątkową bezczelnością, biorąc pod uwagę, że jest mi tu po prostu dobrze.

Jasne, jest parę takich miejsc na ziemi, gdzie zarabia się więcej, przepisy są ciut bardziej logiczne, instytucje państwowe bardziej przyjazne, a ludzie mają więcej zaufania do siebie nawzajem. Zanim jednak zaczniemy pakować walizki i kupować bilet w jedną stronę, warto pomyśleć chwilę o tym skąd się to wzięło. Ano głównie stąd, że w stosunku do starej Unii wciąż mamy sporo zaległości do nadrobienia. Kiedy to mówię, najczęściej słyszę w odpowiedzi, że 25 lat po obaleniu komuny już najwyższa pora przestać usprawiedliwiać wszystko socjalizmem, okupacją i zaborami (a może jeszcze demokracją szlachecką i liberum veto?). Trudno, prawda jest taka, że nie da się z dnia na dzień przeskoczyć prawie pięćdziesięciu lat PRLu i automagicznie dorównać do poziomu państw, które takiego obciążenia nie miały. Nie wszystko idzie u nas w takim tempie i kierunku jakbyśmy chcieli, ale przypominając sobie swoje nie tak odległe dzieciństwo, mam wrażenie, że zmierzamy w dobrą stronę.

Swoją drogą, porównując się z krajami starej Unii czy USA nie przejdzie nam nawet często przez myśl, że zdecydowana większość ludzi na świecie ma nieporównywalnie gorzej. Wszyscy wiedzą co prawda, że w Afryce czy jakiejś innej Kambodży dzieci głodują, ale na co dzień raczej mało kto sobie uświadamia skalę zjawiska. No więc proszę: statystyczny Polak zarabiający średnią krajową (na chwilę obecną ok. 4000zł brutto) plasuje się wśród 5,5% najbogatszych ludzi na świecie. Ach, zapomniałam, podobno nikt przecież w tym kraju nie osiąga średniej? No dobrze, nawet jeśli dostajesz w Polsce minimalną krajową (1680zł brutto) nadal mieścisz się wśród 19% najlepiej zarabiających Ziemian. To znaczy, że czterech na pięciu mieszkańców świata o naszej minimalnej płacy może tylko pomarzyć. Nadal słabo? Na świecie żyje 775 milionów dorosłych (to ponad 20 razy więcej niż wszystkich Polaków), którzy nigdy nie mieli szansy nauczyć się czytać i pisać. Mniej więcej tyle samo nie ma dostępu do pitnej wody, a jedna trzecia ludzkości do kanalizacji. Więcej niż co drugi obywatel Ziemi nie ma w ogóle dostępu do Internetu. Jeżeli ktokolwiek twierdzi, że miał pecha rodząc się w Polsce, to radzę mu to dobrze przemyśleć, bo z dużo większym prawdopodobieństwem mógł się urodzić gdzieś w indyjskich slumsach.

Im więcej mam okazji rozmawiać z ludźmi spoza Europy, tym bardziej doceniam to, co mamy tutaj. Nie musimy zapierniczać po 12-14 godzin dziennie i widywać własne dzieci raz na 2 tygodnie, jak moje koreańskie koleżanki. Nie musimy zbierać solidnego posagu żeby mieć w ogóle szansę się z kimkolwiek związać, jak siostry jednego znajomego z Indii (pech chciał, że jest jedynym bratem trzech sióstr i jako jedyny inżynier w rodzinie próbuje odłożyć na posag dla nich wszystkich). Nie musimy zadłużać się po uszy, żeby być w stanie skończyć studia, jak chociażby w “cywilizowanej” Ameryce. Nie nękają nas tajfuny, trzęsienia ziemi, huragany, wybuchy wulkanów, nawet powodzie są u nas całkiem lajtowe w porównaniu z resztą świata. Mamy nieograniczony dostęp do internetu, w przeciwieństwie do naszych kolegów w Chinach czy krajach arabskich. A jak już o krajach arabskich mowa, kobiety tam to dopiero mają niewyobrażalnie przerąbane…

Być może piszę tak, bo jestem przedstawicielką rozpuszczonej arystokracji IT i nie wiem, co to prawdziwe życie. Zdaję sobie sprawę, że większość moich rówieśników w Polsce ma zdecydowanie bardziej pod górkę. Nie jestem entuzjastką obecnego rządu (ani w zasadzie żadnej dostępnej opcji politycznej), ale mimo wszystko, mam wrażenie, że trafiliśmy tutaj całkiem nieźle. Mamy piękny kraj, całkiem ładne miasta (jakby je tak jeszcze wyczyścić z reklam… ech, marzenie!), cudnie plastyczny język, wybitnych programistów, świetną muzykę (o której w większości sami nie mamy pojęcia) i coraz mniej kompleksów wobec kolegów z mitycznego Zachodu. Gdyby tak jeszcze można było świętować pierwszy dzień lata bez swetra i kurtki, to byłoby naprawdę super. Ale to akurat jedna z niewielu rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu.

Nawet sugestie Google pokazują, że sami o sobie nie myślimy tak najgorzej:

Widzicie? Wygląda na to, że nawet narzekanie nam nie wychodzi 😉