Site icon Made in Cosmos

Kutno? Ale dlaczego akurat Kutno?

Jakimi zaletami narodowymi mogą pochwalić się Polacy? Przyznam, że sama miałabym problemy z szybką i szczerą odpowiedzią na to pytanie. Wyliczenie naszych wad przyszłoby mi zdecydowanie łatwiej, choć wcale nie uważam, żebyśmy byli w jakiś sposób zauważalnie w tyle w stosunku do innych narodów. Ot, po prostu narzekanie, na współrodaków zwłaszcza, jest u nas częścią dominującego small talk, jak koreańskie wypytywanie o wiek i status rodzinny czy też brytyjskie rozmowy o pogodzie.

Przyzwyczajona do takiej narracji, nadal czuję się nieco nieswojo, gdy słyszę kolejne komplementy pod adresem Polaków. Odkąd przyjechałam do Korei, raz jeden zdarzyło mi się usłyszeć niezbyt pozytywną opinię na temat rodaków (“Ach, to WY kradniecie nasze miejsca pracy? Żartowałam, u nas i tak ich nikt nie chciał.”), a jej autorka i tak zaczęła się zaraz potem tłumaczyć wrednym irlandzkim poczuciem humoru. Większość poznanych tutaj ludzi – czy to Amerykanie, Europejczycy czy też Azjaci – słysząc, że jestem z Polski, mówi najczęściej: “To super!” i chwali nas za pracowitość, inteligencję, poczucie humoru, gościnność, znajomość języków czy choćby rewelacyjne imprezy. Pewien Amerykanin, którego ostatnio poznałam, był zachwycony delegacją z polskiego ministerstwa, która przyjechała do Korei na konferencję dotyczącą nowych technologii. Ponoć byli najlepiej przygotowani merytorycznie i najbardziej aktywni ze wszystkich, doskonale mówili po angielsku, a po skończonej części oficjalnej bawili się świetnie do rana wraz z organizatorami. Przyznam szczerze, że pracownicy ministerstwa to chyba przedostatnia po posłach grupa zawodowa w Polsce, o której spodziewałam się usłyszeć takie rzeczy. Tym milej, że nawet i oni potrafią reprezentować nas bez obciachu na drugim końcu świata.

– Muszę się koniecznie znowu wybrać kiedyś do Polski, bo wspominam ją naprawdę super… – dorzucił jeszcze na koniec ten sam Amerykanin.
– Znowu? To gdzie już w Polsce byłeś?
– Takie małe miasteczko na K… Nie Kraków, coś bardziej jakby Ku…
– Kutno?
– Kutno! Dokładnie tak!
– Ale dlaczego akurat Kutno? Przecież to jest mniej więcej sam środek niczego…
– Cieszę się, że ty to powiedziałaś. To było gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy chodziłem jeszcze do liceum. Jako Amerykanie świeżo po przeprowadzce do Anglii czuliśmy się trochę obco, więc zapisaliśmy się z bratem do lokalnej drużyny baseballowej, bo można tam było poznać masę rówieśników z Ameryki. No i wyobraź sobie, że razem z naszą drużyną pojechaliśmy na jakieś młodzieżowe mistrzostwa w baseballa nigdzie indziej, jak właśnie do Kutna!

– No i jak ci się tam podobało?
– Jak już sama wspomniałaś, to był sam środek niczego – małe miasteczko, nocowaliśmy gdzieś w jakimś hostelu na drugim końcu miasta. Któregoś dnia facet, który odwoził nas z boiska z powrotem na nocleg, zakręcił w gdzieś w niespodziewanym miejscu i wyjechał poza miasto w zupełnie nieznanym kierunku. Facet nie mówił praktycznie nic po angielsku, za cholerę nie szło się dogadać, my z bratem zaczęliśmy już panikować i zastanawiać się, co się stanie. I nagle po jakichś 20-30 minutach zatrzymujemy się przed domem stojącym w szczerym polu, takim wiesz, w starym stylu, z dobudowaną stodołą i masą maszyn rolniczych. Z domu wytacza się cała rodzinka, witają nas wylewnie i zapraszają do środka.
– I co? Niech zgadnę, poczęstowali was tradycyjnym polskim trzydaniowym obiadem?
– A żeby tylko! Po trzydaniowym obiedzie wyszliśmy do ogrodu, gospodarz wyciągnął flaszkę wódki i zaczęliśmy ją rozpijać – piękna pogoda, natura, cisza, spokój, normalnie sielanka. Z każdą kolejką bariera językowa stawała się coraz mniejszym problemem. Jeszcze nie zdążyliśmy zgłodnieć, a tu jego żona już woła nas na kolację. Po kolacji zeszli się jacyś ludzie ze wsi i zaczęły się śpiewy przy wódce, normalnie impreza na całego. Facet jakoś na migi zaczął nam tłumaczyć, żebyśmy zostali u niego do końca weekendu. Wynegocjowaliśmy, że możemy zostać do rana, bo po południu mamy trening, ale gdyby nie to, to z chęcią byśmy spędzili tam całe trzy dni. Nikt w życiu nigdy nas tak nie ugościł!

Exit mobile version